Archiwum lipiec 2009, strona 1


lip 02 2009 Rozdział 7
Komentarze (0)

Rozdział 7

Łzy popłynęły mi po twarzy a potem ryknęłam śmiechem. 15 strażników Volturi zostało pokonanych przez 8 wampirów z rodziny Cullenów. Wszyscy spojrzeli w moim kierunku. Nagle uświadomiłam sobie, co się ze mną działo, więc na mojej twarzy zawitał ogromny banan. Wszyscy spojrzeli na mnie dziwnie. W moich oczach tańczyły dawne iskierki radości.
-Wiem co mi się stało! Przypomniałam sobie! Kiedyś czytałam książkę. To co się ze mną działo to objawy mocy u pół wampirów. Że też wcześniej o tym nie pomyślałam.
-Czyli masz... jakąś moc?
-Tak. O już wiem jak działa. Mogłabym wypróbować na kimś z was.
Jako chętny zgłosił się mój tata. Skupiłam się, oczywiście tak aby nie zwalić kloca, i przeczytałam jego myśli.
-Myślisz o tym jak cudownie byłoby się stąd wydostać.- powiedziałam.
Wszyscy spojrzeli na mnie przerażeni a szczególnie Edward.
-Skąd wiesz?
-Moja moc polega na tym, że mogę pobrać czyjąś moc i używać ją przez jakiś czas. Wydaje mi się, że przez kilka godzin ale nie jestem pewna. Zaprezentuje jeszcze raz.
Tym razem rozległ się histeryczny płacz. Albo raczej wampirze szlochanie. To jeden ze strażników rozpaczał. Każdy spojrzał na Jaspera, jednak on tylko wzruszył ramionami. Potem ich wzrok padł na mnie a ja sprawiłam, że tamten się uspokoił.
-To... niesamowite!- krzyknął Aro.
-Ale nie oddamy jej.- przerwał mu Carlisle.- Wracamy do domu.
I ruszyliśmy. Nikt nas nie zatrzymywał, więc spokojnie wyszliśmy z tej "jaskini". Potem jakimś skradzionym autem pojechaliśmy na lotnisko. Kupiliśmy dziewięć biletów do Olimpii aby stamtąd ruszyć do Forks. Nie byłam w szkole od zapewne tygodni, więc trochę zaległości się narobiło. Chyba moja rodzina też o tym pomyślała bo tak jak ja skrzywiła się. Tylko Esme była radosna, bo tym razem nie będzie siedziała sama w domu. Wszyscy oprócz mnie i Carlisle, który chodzi do pracy, nie będzie musiał chodzić do szkoły. W końcu mieszkańcy nadal ich pamiętają, więc nie mogą zwracać na siebie uwagi. Wreszcie dojechaliśmy na miejsce. Mój pokój był jak zwykle najmniejszy ale cóż zrobić. Jestem tylko pół wampirem. Położyłam się na łóżku. Rozmyślałam jak przeprosić za moje dotychczasowe zachowanie. Nagle poczułam jakby ktoś mnie przebijał. Spojrzałam na swój brzuch. Była krew! Coś niedobrego się ze mną działo. Powoli wstałam i jeszcze więcej krwi wyleciało mi z brzucha. Krzyknęłam.
***
-Co z nią jest?!- krzyknął Edward, szarpiąc Renesmee aby się obudziła.
-Nie wiem!- pierwszy raz krzyknął Carlisle.
Nessie szarpała się jakby coś się działo w jej głowie. A tak właśnie było. Nawet Volturi, którzy postanowili wpaść do nich, trochę się przejęli, bo u wampirów to rzadki widok, zapaść w sen i mieć koszmary. Ale ona była pół wampirem.
***
Wszystko wróciło do normy. Mój brzuch był taki jak wcześniej, czyli w całości. Na razie nie czułam ból Nagle rozległo się warknięcie. Obróciłam się i moim oczom ukazał się jakiś dziwny wilk. 
-Wilkołak?- spytałam samą siebie.
Jednak to nie mógł być wilkołak. Był dziwnie podobny do człowieka... Chwilę się zastanowiłam.
***
-Warlat!- krzyknęła.
Wszyscy znajdujący się w pokoju spojrzeli po sobie przerażeni. A więc to koszmar. Bo nie może to się dziać na jawie. Przecież leży tutaj. Nie może być w dwóch miejscach jednocześnie. Znów zaczęła się szarpać. Edward ją przytrzymał. Nim się obejrzeli, z jej ramienia zaczęła lecieć jakaś czerwona ciecz. Podwinęli rękaw a wtedy ich oczom ukazał się przerażający widok. Na jej ramieniu była wielka rana, z której ciekła krew. Carlisle szybko się zajął nią. Całe szczęście, że nie działała ona tak jak powinna na wampiry. Nie zwracali w ogóle na nią uwagi. Volturi nawet potrafili się powstrzymać przed rzuceniem się na nią.
***
Strasznie mnie bolała ręka. Ale mnie zadrapał. Zaczęłam szybko biec. Ten las wydawał mi się znajomy. Zaraz powinnam wyjść na polankę. I dotarłam. Zatrzymałam się, bo coś tu nie grało. Dlaczego tutaj jestem? Przecież poszłam spać. Dziwne. Nagle zza krzaków wyskoczył warlat. Zaczął szczerzyć kły na imię, szczeknął i już się rzucił, kiedy ktoś go odepchnął. Poczułam od razu, że to wampir, jednak go nie znałam. Był nieziemsko przystojny, ale większość wampirów tak właśnie wyglądają. Jednak jakaś nieznana siła mnie do niego przyciągała. Mój wybawiciel został odrzucony bardzo daleko w las, a ja poczułam jak znów mnie ugryzł. Warlaty muszą mieć specjalną zdolność, aby wedrzeć się do ludzkiej psychiki, więc... mocno się skupiłam. Po chwili ból ustąpił i to warlat zaczął piszczeć z bólu. Niestety to ja miałam litość bo przestałam, ale niepotrzebnie to zrobiłam. Znów się na mnie rzucił, lecz tym razem w mojej obronie znów stanął tajemniczy nieznajomy. Zamknęłam oczy i skupiłam się aby uciec z tego pół koszmaru i pół bajki. W największym koszmarze mojego "życia" poznałam największą miłość mego "życia". Czy to normalne? Ja jestem dziwna, więc to nie może być normalne. Otworzyłam oczy. Udało się! Leżałam na łóżku, a nade mną pochylała się moja cała rodzina. Poczułam ogromny ból, więc nie mogłam się ruszyć. Przypomniałam sobie tego chłopaka...A mój tata spojrzał na mnie dziwnie. Rzuciłam mu błagalne spojrzenie, aby nikomu nic nie mówił, a ten tylko pokiwał głową i wskazał na drzwi. Stał w nich Jacob. Miał w oczach zarazem smutek jak i radość. Widać cieszył się, że żyję, ale smucił, że nadal mnie boli. Podszedł do mnie i przytulił. Nie miałam mu tego za złe. W końcu to nie jego wina, że wpoił się w osobę, która nigdy nie odwzajemni jego uczuć. Nie mogę z nim być. Nie kocham go i raczej wątpię aby to się zmieniło. Może kiedyś znajdzie się lekarstwo na wpojenie, a tymczasem muszę to znosić. Edward spojrzał na mnie smutno. Też uważał to za niepotrzebne, ale niestety na razie nikt nie mógł nam pomóc. Spojrzałam na rękę, na której był bandaż. A więc z moim ciałem działo się to co w głowie? Niesamowite. Gdyby ludzie wiedzieli o tym, od razu było by to na pierwszych stronach gazet przez kolejne dziesięć lat. Ale nie wiedzą o nas. Jedynie wymyślają jakieś niestworzone historie. Hrabia Drakula to jakiś chory wymysł. Był ktoś taki, ale nie był wampirem. Aro mi opowiedział, jak to było. Ciekawa historia. A właśnie... Aro. Patrzy się na mnie tak jakoś... dziwnie. Zupełnie jakby był... zakochany?! Nie! To niemożliwe. Czy może być jeszcze gorzej?! Ups! Tego pytania się nie zadaję, bo wtedy jest gorzej. No i oczywiście, tak się stało. Do mojego pokoju wpadł jakiś kamień, rozbijając szybę. podniosłam go i zauważyłam przyczepioną do niego kartkę. Schowałam ją do kieszeni. Nagle do pokoju wpadła cała rodzina i Volturi, którzy wyszli porozmawiać jakąś godzinę temu, podczas gdy ja prowadziłam monolog w myślach. Nawet moje drugie ja nie chciało mi odpowiedzieć.
-Co się stało?- spytała Esme, patrząc na zbite okno.
-To moja wina. Bawiłam się kamieniem, bo wyszłam na dwór i go niechcący rzuciłam. Przepraszam.
-Nic się nie stało.
Edward widać nie mógł mi nic przeczytać w myślach. Spojrzał tylko na mnie powątpiewająco i wyszedł za resztą. A ja odwinęłam kartkę. Pisało na nie:
"Spotkaj się ze mną, dziś na polanie o północy."
Żadnego podpisu, ani nic. Co to w ogóle jest? Iść? Nie. Jak się zdecyduję, Alice mnie zobaczy. To za pół godziny. Pójdę się przespacerować. W końcu to chyba mogę. Wyszłam z pokoju i udałam się do drzwi, kiedy rozległo się warknięcie. to mój tata siedział na kanapie z moją mamą i patrzyli na mnie, jak na jakąś oszustkę z telenoweli.
-Idę się przejść.- oznajmiłam i wyszłam.
Nie miałam ochoty wdawać się w dyskusję. Miałam zegarek. Zostało mi dwadzieścia pięć minut. Zdążę. Pobiegłam szybko tam gdzie trzeba i czekałam. Została minuta. Pół minuty. Dwadzieścia sekund. Dziesięć. Pięć, cztery, trzy, dwa, jeden...

almadia   
lip 02 2009 Rozdział 6
Komentarze (0)

Rozdział 6

Jak to zwykle bywa, wstałam rano, szybko się ubrałam i zeszłam porozmawiać. Wstanie jednak okazało się znacznie trudniejsze bo moje nogi odmówiły posłuszeństwa, więc wyrąbałam się. Ale całe szczęście nikt nie słyszał. Albo przynajmniej nikt nie przyszedł. Bo na pewno każdy słyszał. Oczywiście była cała moja rodzina i Volturi. Aro jak zwykle powitał mnie swoich uśmiechem, chociaż ja go w kółko obrzucałam pogardliwym spojrzeniem. Mam nadzieję, że się nie zakochał bo to zrujnowało by mi plany.
-Cześć.- powiedziałam na wstępie.- Nie wyjeżdżam.
-Wyjeżdżasz...- odpowiedzieli mi.
-Ale mam inny pomysł. Warlat wyczuwa krew pół wampirów?
-Na 100 km. Ledwo udało nam się zatuszować tą krew. Ale do czego zmierzasz?- spytał mój dziadek.
-Że moglibyśmy zastawić pułapkę.
-Tak. Ale potrzebna jest przynęta...- odpowiedział Edward i nagle spojrzał na mnie spojrzeniem mordercy.- Nie zgadzam się.
-Gdybym się skaleczyła on by zapewne przyszedł a wtedy wy go byście capnęli.
-To nie najgorszy pomysł.- przytaknęli Volturi.
-Nie zgadzam się.- powiedziała moja mama.
-Aja się nie zgadzam na ucieczkę. W razie co możecie mnie podszkolić w walce..- mruknęłam na co Emmett pisnął z zachwytu. Spoważniał kiedy dostał w głowę od swojej żony.
-Więc... Kto jest za?
Do góry ręce podnieśli: Jane, Aro, Kajusz, Feliks, Demetrii, Marek, Rosalie, Jasper, Alice, Carlisle, Emmett.
-A kto przeciwko?
Ku mojej uciesze ręce podnieśli: Edward, Bella i Esme. Uśmiechnęłam się triumfująco i zapytałam:
-Kto mnie nauczy się bronić?
Wszyscy podnieśli ręce oprócz trójki przegranych. Zgodziłam się na lekcje przemienne. W kolejności od najstarszego do najmłodszego. Emmett śmiał się z trójki Volturi bo to oni byli najstarsi. Jednak oberwał mocno od Jane. Teraz już wiem jak to działa. A kto go obronił? Oczywiście ja. Jane się to nie spodobało i tym razem udało się jej sprawić aby bolało. Tym razem reszta rzuciła mi się na pomoc. Kiedy przestała zaśmiałam się. Wszyscy spojrzeli na mnie z niepokojem.
-Widzisz do czego doszło, Jane?
Spojrzała na mnie pytająca, na co ja wybuchłam śmiechem.
-Nie szanują cię...
-Mylisz się.
-Szanują Cię ze strachu, bo się boją. To nie jest szacunek. Jesteś zwykłą, małą, głupią i nienormalną wampirzycą, która nie potrafi poradzić sobie z tym co ją spotkało a jak na zawołanie przyszła nowa zdolność. Jak byłaś człowiekiem musiałaś być nadętą sz****, nie mylę się, prawda?
Tym razem nie poczułam bólu mimo jej starań. Wstałam i podeszłam pewnym krokiem, mimo, iż to nie byłam ja. Coś mną zawładnęło. Próbowałam się zatrzymać ale nie pomogło.
-Trzeba poczuć aby zrozumieć.
Wszyscy zdziwili się słowami, które wydobywają się z moich ust. Moja ręka zawędrowała do jej twarzy a gdy jej dotknęła, Jane zaczęła zwijać się z bólu. Chciałam przerwać lecz nie mogłam. W końcu zemdlałam. 
***
Co się stało? To jedyne pytanie, które wypowiedziałam gdy się obudziłam. Wiem, że coś mnie opętuje. Jestem tego pewna na sto procent, tylko jak to powiedzieć Carlisle'owi aby nie uznał mnie za szaloną. Powoli się podniosłam a widok, który zauważyłam sprawił na moim ciele dreszcze. Byłam otoczona przez strażników Volturi a moja rodzina pewnie ponosi za mnie konsekwencje.
-Przepraszam...- zaczęłam.
Wszyscy odwrócili się w moim kierunku a jeden z nich złapał mnie za ramię i zaczął gdzieś prowadzić. To na pewno nie był mój dom. Doszliśmy do jakiś drzwi a kiedy je otworzyli, łzy popłynęły mi po twarzy.

almadia   
lip 02 2009 Rozdział 5
Komentarze (0)

Rozdział 5

Obudziłam się wcześnie jak to w moim zwyczaju, czyli o czwartej rano. Szybko przebrałam sie i umyłam i zeszłam na dół. Nikogo nie było a ja byłam głodna. Weszłam do kuchni i zgarnęłam jakieś produkty aby zrobić sobie kanapkę. Jeszcze mogę jeść takie rzeczy, całe szczęście. Jednak to nie wystarczyło. Pierwszy raz tak dziwnie się czułam. Jakbym miała wyssać krew ludzi z całego miasta. Poczułam zawroty głowy i zemdlałam. Obudziłam się na kanapie. Nade mną pochylał się Carlisle. 
-Co... Co się stało?- zapytałam z trudem.
-Zemdlałaś. Każdy z nas poczuł się źle, bo Jasper się zezłościł. Marek chyba specjalnie go drażnił, lecz nie wychodziło. Dopiero gdy popchnął Alice... 
-Ale dlaczego tak na mnie podziałało?
-Twoje komórki ludzkie i psychika są wrażliwsze, przez to, że jesteś pół wampirem. Ale jest inna sprawa.
Jego ton głosu spoważniał. Skierował wzrok na Volturi. Zrobiłam to samo. Wszyscy czekali na mnie z uśmiechem. Uśmiech Jane był taki... inny. Jestem znawcą min i wiem, że taka oznacza, że mogę już nie wrócić do domu.
-Nigdzie nie jadę.- powiedziałam na wstępie.
-Musisz jechać. Warlat kieruje się twoim tropem. Volturi obiecali zapewnić ci opiekę. My nie damy rady cię obronić.
U jego boku pojawiła się reszta rodziny. Każdy był smutny. Jakoś nie wierzyłam, że ośmioro dorosłych wampirów nie dałoby rady jednemu pół wilkołakowi. Był jak dwa wilkołaki, więc dlaczego sobie by nie poradzili. To śmieszne.
-Genialny pomysł. Pozbyć się balastu...
-To nie tak Nessie...-zaczęła moja mama.
-Jasne. Trzeba było mnie zabić. Oszczędzilibyście sobie przynajmniej kłopotów.
Chcieli mnie zatrzymać lecz ja tylko wbiegłam na górę. Spakowałam potrzebne rzeczy i wyskoczyłam z plecakiem przez okno. Nie wiem co mną kierowało. Czemu uciekałam? Miałam dość. Co chwila przeprowadzki a tu nagle chcą mnie się pozbyć. Pewnie tylko ja stałam im na drodze do prawdziwego szczęścia. Usłyszałam szelest. 
-Mam nadzieję, że to warlat.- szepnęłam do siebie.- Niech skończy ze mną. Każdy się ucieszy.
Jednak jak daleka byłam od prawdy. To tylko Jacob. Jak zwykle mnie śledzi.
-Czego chcesz?!- warknęłam.
-Zaprowadzę cię do domu.- odpowiedział zły.
Pierwszy raz był chyba na mnie wkurzony. Jednak ja ruszyłam dalej. Miałam go dość. Był dobrym przyjacielem ale jako mojego chłopaka albo męża bym go nie chciała. Wampir i wilkołak. Co jeszcze? Może lew ożeni się z gazelą? Jesteśmy jak dwa sople lodu. Nie przyciągamy się bo jesteśmy tacy sami. Potrzebuję kogoś, kto jest inny. Kto zrozumie dlaczego nie lubię tego albo tego. Jake nie dał za wygraną. Złapał mnie za ramię i przyciągnął do siebie. Poczułam na swoich ustach jego wargi. Odepchnęłam go z niebywałą siłą.
-Jak śmiesz mnie dotykać?!- krzyknęłam ze łzami w oczach.- Zostaw mnie w spokoju. Stracę cierpliwość i zrobię ci krzywdę więc odejdź raz na zawsze!
Pierwszy raz mnie posłuchał. Boże, co ja zrobiłam? Co się ze mną dzieję? Mam tego dość. Usiadłam na kamieniu kawałek dalej od domu. Ciekawe czy mnie wytropią. Czy Volturi potrafią się pohamować aby nie skosztować krwi? Sprawdzę to. Wyjęłam z plecaka poręczny scyzoryk, który dostałam od Emmeta. Powiedział, że jeśli będę chciała, będę mogła nastraszyć bandziora (przyp. aut. czyli mnie xD), że sama się zabiję. Może to zrobię? Przyłożyłam ostrze do żył. Czy pół wampir może się wykrwawić? To kolejny punkt do sprawdzenia. Pociągnęłam jednym ruchem nóż i odpłynęłam.
***
Otworzyłam oczy. Czyżbym jeszcze żyła? Jeśli tak to wielka szkoda. Ale przynajmniej spełnię resztę zadań do wykonania przed śmiercią. Nagle przede mną stanęła moja mama. Miała łzy w oczach. Jak to możliwe? Szybko mnie przytuliła i wyjąkała:
-Nigdy...więcej...tego nie rób!
-Mam jeszcze wiele punktów, więc powinnaś poczekać.
Zaśmiała się, lecz po chwili zauważyła, że nie żartuje. Nagle znowu ktoś mnie przytulił. Tym razem była to Esme. Potem byłam wyściskana przez Alice i Rosalie a następne przez mojego tatę, Jaspera i Carlisle. Emmet tylko mi przywalił. Poczułam jakby moja ręka się złamała, więc jęknęłam za co oberwało się mojemu wujkowi. Wszyscy byli przestraszeni moim zachowaniem. Mam nadzieję, że mnie zostawią. Mam jeszcze parę pomysłów. Zobaczę czy mogę się powiesić, utopić, poderżnąć gardło. Nagle mój tata warknął. Spojrzałam na niego. Jego oczy wyrażały gniew. 
-Nawet o tym nie myśl.- prawie krzyknął.- Jeszcze jedna taka wpadka a uziemię cię do końca życia.
-No właśnie!- krzyknęłam.- Pogrzebanie żywcem. Myślicie, że zadziała na mnie?
Esme momentalne zbladła a Alice pisnęła. Nagle zrobiło mi się wesoło. Spojrzałam na Jaspera. 
-Nie lubię tego!- powiedziałam.- Chyba, że to nie ty. Będziemy mieli nareszcie dowód, że jestem nienormalna.
Nareszcie zachichotali. Wszyscy wychodząc pożegnali się ze mną. No nie wszyscy. Zostały ze mną: Rosalie, Alice, Esme i Bella. Babski wieczór? Nie dziękuje.
-Musimy pogadać...
-O czym?- zapytałam niepewnie.
-O tym co przeczytałaś w książce.
Odetchnęłam z ulgą i wygodnie ułożyłam się na łóżku, robiąc miejsce dziewczynom.
-To co przeczytałaś jest prawdą ale nie do końca szczerą. Warlaty polują na wampiry i pół wampiry. Bardziej wola to drugie, lecz nie przyciągają ich bardzo. Lubią wampiry, które lubią się kontrolować. Takie jak my. Volturi trochę nagięli fakty, ale nie myśleli, że się nabierzesz.
-Aha. To teraz rozumiem. Przepraszam za moje zachowanie.
-Nie szkodzi.- powiedziały i każda po kolei uścisnęła mnie i wyszły z pokoju. Położyłam się wygodnie i zasnęłam. Pierwszy raz byłam tak bardzo zmęczona. Ale jeszcze przed snem zanuciłam pieśń religijną, którą śpiewało się wieki temu. Brzmiała tak: "Panie Boże, o nic więcej nie proszę, byle byś tylko szatana wyjął z mej duszy".

almadia   
lip 02 2009 Rozdział 4
Komentarze (0)

Rozdział 4

Przygotowani do wizyty Volturi, siedzieliśmy na kanapie. Po chwili jednak wszyscy powstali. Z niechęcią uczyniłam to samo. I nagle w domu zmaterializowali się jak gdyby nigdy nic sześć postaci. Było pięciu mężczyzn i jedna kobieta.
-A więc to musi być Renesmee.- powiedział jeden z nich.
Podszedł do mnie i wyciągnął rękę w geście powitalnym. Uścisnęłam ją a on mnie przyciągnął i powąchał nadgarstek na co Edward warknął. 
-Pachniesz wspaniale. Nigdy nie czułem takiej krwi. Hm.. Może dlatego, że są tylko dwa pół wampiry. Nie sądziłem nawet, że niepełne wampiry mają krew. Jestem Aro. To jest Marek, Kajusz a to Demetri i Feliks. A ta urocza osóbka to Jane.- wskazywał po kolei każdego z jego towarzyszy. 
Dziewczyna nie przypadła mi do gustu. Spojrzała na mnie z pogardą i niestety odpłaciłam jej tym samym. Niestety? To wręcz fantastycznie. Z chęcią nakopałabym jej do tłustego zada. Edward zachichotał. Chyba usłyszał moje myśli, ale cóż.
-Pozwolisz?- podszedł do mnie wyciągając rękę.
Podałam mu ją i poczułam jakby ktoś mi filtrował głowę. Gdy mnie puścił uśmiechnął się szeroko. 
-Czy pozwolisz, że coś sprawdzimy?
-Ee...Proszę bardzo?- odpowiedziałam.
-Jane.
I stało się to w ułamku sekundy. Wszyscy zasłonili mnie i nie pozwolili do kontaktu z nimi. Jednak ich delikatnie przesunęłam. Byłam ciekawa co chce pokazać. Aro uśmiechnął się z podziwem a moja familia z niedowierzaniem. Jane nagle skoncentrowała się na mnie ale nic się nie stało.
-Już?- spytałam.- Mam wszystkie części ciała...Myślałam, że coś się stanie.
Jane prychnęła i stanęła obok Ara. 
-Bello, czy nie wykorzystujesz swoich zdolności?
Odpowiedziało mu milczenie. 
-Tym razem nie rób tego. Chce coś sprawdzić.
Zniecierpliwiłam się. O co chodziło? Jane znów się skupiła i znów nic się nie stało.
-Ekstra. Może wreszcie zaczniecie?
Tym razem coś poczułam ale to nie był żaden ból. Zaczęłam się śmiać. Jakby ktoś mnie łaskotał. Jednak powtrzymałam się po krótkim czasie.
-Niesamowite. Sądzę, że odziedziczyłaś po Belli te odporności. Mam nadzieję, że nie będziecie mieli nic przeciwko jeśli zostaniemy u was przez jakiś czas...
-Oczywiście, że nie.- powiedział Carlisle.
-Wspaniale.- mruknęłam.-Pokoju wam nie oddam.
Nie wiedziałam, że mam dar rozmieszania bo każdy zachichotał oprócz Jane. Dziwnie się czułam bo każdy patrzył na mnie jak przekąskę. Zniesmaczona udałam się do swojego pokoju. Alice mi powiedziała, który wybrałam. Skoczyłam na łóżko uderzając w coś twardego. Spojrzałam na przyczynę mojego bólu a okazała się nią książka. Nosiła tytuł "Mój przyjaciel małpa". Coś dla Emmeta. Jednak gdy otworzyłam książkę, zauważyłam, że była w niej treść niezgodna z tytułem. Zaczęłam czytać:
"Miliony lat na świecie istnieją wampiry i wilkołaki, lecz nikt nie podejrzewał, że istnieją pół wampiry i pół wilkołaki. Na pół wampiry od lat polują Warlaty [przyp. aut. nazwa wymyślona przeze mnie, określająca pół wilkołaka]. Według mitów są to ludzie, którzy nie muszą się zmieniać. Są dwa razy silniejsi niż przeciętny wilkołak. Najbardziej znane, żyjące do dziś warlaty to Sam Uley i Ricardo Warlatti. Pierwszym pół wilkołakiem był właśnie Ricardo. Od jego nazwiska wywodzi się nazwa tych stworzeń. Jedynym sposobem na zabicie jest ukąszenie przez pół wampira, więc obydwa rodzaje istot powinny się unikać jak ognia. Lepiej, aby nie spotkały się pewnego razu, gdyż po takiej walce zazwyczaj wkraczają Volturi lecz dzieje się tak co minimum tysiąc lat...."
Dalej kartka była urwana. Załamałam się. Czyli jak spotkam któregoś z tych istot to zginę? Mam nadzieję, że żaden z nich nie mieszka w Forks. Nagle do mojego pokoju wparowali Aro, Kajusz i Marek.
-Cześć.- rzekł z uśmiechem.- Będziesz jednak musiała nam oddać pokój.
-CO? Nigdy!
-A więc zostajesz z nami?- zapytał Marek, uśmiechając się zabójczo, ale według mnie uśmiechał sie jakby ktoś przejechał go kosiarką i dowalił łopatą.
-Dobra. Wygraliście. A i mam pytanie zanim pójdę.
-Wal śmiało.
-Znacie jakiegoś Ricarda Warlatti?
Wszyscy równo warknęli. Nie drgnęłam bo po co? Nie mogą mi nic zrobić.
-Poszukujemy go od wielu setek lat. Jednak zawsze jak wystawiamy przynętę, szybko ją łapie i ucieka.
-Więc po to przyszliście.. Po przynętę?
Pokiwali głowami a mnie zrobiło się słabo. Ledwo wyszłam z pokoju. Udałam się do Alice. Oczywiście przyjęła mnie z rozwartymi ramionami. Pewnie ona wie po co przyjechali ale na razie będę udawała, że nie wiem. Może tylko Edward się dowie ale mniejsza o to. Usiadłam na fotelu i pomagałam Alice wybrac coś z ciuchów, które jej zostały. Zaprosiła mnie na zakupy. Zgodziłam się tylko dlatego, że chciałam odwiedzić w Port Angels a ona jechała tam z wszystkimi kobietami z tej rodziny. Nawet nie wiedziałam kiedy zasnęłam. Poczułam tylko jak Alice kładzie mnie na łóżku.

almadia   
lip 02 2009 Rozdział 3
Komentarze (2)

Rozdział 3

-Jesteś gotowa?!- rozległ się wrzask Edwarda.
-JUŻ!- odkrzyknęłam mu.
Jakby zabieranie ważnych rzeczy trwało minutę. Wzięłam plecak i zeszłam na dół. Nic mi nie mogło zepsuć humoru. Przynajmniej tak myślałam.Wywaliłam się na schodach i sturlałam się na dół pod same stopy mojego taty.
-Renesmee co ty wyczyniasz?
-Urządzam sobie zjazd na dupie, nie widać?- warknęłam, podnosząc się.
-Wyrażaj się. Pamiętaj co obiecałaś.
-Tak. Wybacz.
-Nie szkodzi. A teraz chodź, bo Jasper się już wkurzył.
Zachichotałam i udałam się na dwór.
-Z kim jadę? Bo chyba nie na piechtę.
-Jedziesz z Carlisle i Esme.
Uśmiechnęłam się i ruszyłam w kierunku ich samochodu. Weszłam, przywitałam się i ruszyliśmy do następnego nowego życia. Podróż zatrzymała się, gdy stanęliśmy w korku. 
-Nessie.- powiedziała Esme.- Idź do nich i powiedz dlaczego stoimy. Bella nie pozwala Edwardowi czytać w myślach,więc musimy sobie jakoś radzić.
Otworzyłam drzwiczki od samochodu i ruszyłam w kierunku kabrioletu Rosalie. Nie musiałam tam włazić. Po prostu powiedziałam im i ruszyłam dalej. Następny był samochód Belli i Edwarda. Mieli otwarte okno. A do ostatniego musiałam wchodzić, bo szyby nie były uchylone i był dach. Wślizgnęłam się do środka i powiedziałam im co i jak. Podziękowali, ja podziękowałam i chciałam już wyjść, kiedy nagle Jasper mnie zatrzymał.
-Nie ruszaj się.- rozkazał mi.
Oczywiście wyglądałam jak rzeźba. Po minucie coś w nas walnęło. Alice pisnęła a ja gapiłam się w okno. Nagle coś otworzyło drzwi z mojej strony i wyciągnęło mnie na zewnątrz. Oczywiście cała rodzina wyskoczyła jak na zawołanie. Całe szczęście, że ludzie nie widzieli. Spojrzałam na porywacza.
-JACOB! Co ty sobie wyobrażasz?!- krzyczałam.
-Przyszedłem do Ciebie, nie widać.
Warknęłam i udałam się do samochodu. Jacob chciał mnie zatrzymać ale po warknięciu moich wujków i taty nie ruszył się na krok. Wreszcie ruszyliśmy dalej a ja cały czas przeklinałam w duchu na Jacoba. Może tonie były przekleństwa ale coś takiego jak: skretyniały imbecyl. Jechaliśmy tylko my ulicą. Ja, Esme i Carlisle. Bo oczywiście on jeździł strasznie wolno.
-Nie mooooożna szyyybciej?- zawyłam.
Pokręcili głową.
-O mój Boże! Spójrzcie!- krzyknęła, a oni jak na zawołanie spojrzeli w kierunku, o którym mowa.- Ślimak nas wyprzedził.
Esme zaczęła się śmiać. Potem Carlisle a ja nie widziałam w tym nic śmiesznego.
-Prooooooooszę... Szybciej!- krzyczałam ale znów pokręcił głową.- Wujek Emmet miał rację.
-A co mówił?
-Że ty po prostu nie umiesz jeździć.
Podziałało.Mój dziadek przyśpieszył, że aż Esme krzyknęła. Po minucie byliśmy pod jakimś domem. Carlisle był wkurzony i szybko wypadł z samochodu...Wziął nasze bagaże i szybko ruszył w kierunku drzwi. My za nim pobiegłyśmy oczywiście.
Wszyscy czekali w środku. Uśmiechnęli sięjak nas zobaczyli ale zaraz potem uśmiechł im zrzędł. Carlisle spojrzałna nich surowo. 
-Czy coś się stało?- zapytał niewinnie Edward.
-COŚ? To było bardzo nieodpowiedzialne zachowanie! Przez was pobiłem rekord Edwarda!
Zachichotałam. Jednak szybko spoważniałam jak mój tata na mnie warknął.
-Za karę...
Zanim dokończył Edward i Alice padli na kolana i zaczęli się czołgać do Carlisle.
-Błagam, tylko nie to!- krzyczała Alice.
-Nie rób nam tego!- mówił Edward,
Znów zachichotałam. Tym razem w moje ślady poszli wszyscy oprócz wcześniej wymienionej trójki.
-Daję wam wszystkim karę na samochód! Będziecie szli na piechotę bez wykorzystywania mocy! Jasne?
Chyba zaczęli szlochać po wampirzemu lecz pokiwali głowami. Esme gdyby mogła to by się popłakała. Carlisle spojrzał na nią błagalnie jednak i ona zaczęła wampszlochać [przyp. aut. płacz wampira]. Przytuliła swoje dzieci i teraz każdy zaczął szlochać. Oprócz mnie, dziadka i mojej mamy. 
-Nie do wiary, co samochód robi z wampirem z obsesją na punkcie szybkiej jazdy.- powiedziałam co ich wyraźnie rozweseliło bo zaczęli się śmiać.
Spojrzałam na Carlisle a ten spojrzał na Edwarda i Alice. Oni zaczęli tańczyć taniec radości śpiewając:
-Koniec kary! Ko-Ko-Koniec kary.
Znów chichot. Tym razem spojrzałam na moją mamę.
-Nie miałaś przypadkiem pilnować aby nie czytał w myślach?
-Możliwe ale wolałam aby wcześniej zaczęli błagać o litość.
Nagle Alice stanęła jak wryta. Ja wiedziałam o co chodzi, podobnie jak reszta rodziny.
-Co zobaczyłaś?- spytał Jasper troskliwie.
-Volturi. Idą naszym tropem. Chcą zobaczyć Nessie, skoro już fizycznie wygląda na starszą. 
-Kiedy przybędą?- spytał Carlisle.
-Dzisiaj o północy, czyli za jakąś godzinę.
-Dobrze.Musimy się przygotować. Bello, nie używaj swojej mocy. Tylko w razienagłej potrzeby, gdy Jane będzie chciała użyć swojej mocy.
Pokiwała głową na znak zgody. Teraz zwrócił się do Edwarda.
-Nie czytaj w myślach dopóki nie użyję słów "Wejdźcie". Jasper zero kontrolowania emocji, chyba, że się wkurzą. Renesmee nie pyskuj. Dobrze?
Wszyscy pokiwaliśmy głowami. Usiedliśmy na kanapie i czekaliśmy kiedy zegar wybije dwunastą.

almadia